Tahoe Big Blue

22:00 Siedze i po raz kolejny rozkladam laptopa bratu. Urwala sie podstawka baterii zasilajacej CMOS. Wszystko przez to ze probowalem ruszyc kable anteny. Zachcialo sie Wi-Fi instalowac. Czemu ja to robie akurat teraz?

23:00 Cholerny komputer w koncu dziala. Wszystko lezy osobno ale na ekranie pojawia sie Windows. Jeszcze tylko to zloze i moge sie pakowac.

23:45 Buty, inne buty, lizardy, kominiarki, camel, plecak, kask, 3 pary rekawiczek, narzedzia, sandaly, spodnie krotkie, skarpety, power-bary, woda… Totalny chaos. Wszystko laduje w skrzyni. Rower jest juz w samochodzie, jeszcze wioslo i kapok i mapnik i kompasy i apteczka i noz i…. dluga cos ta lista… Prognoza pogody jest do dupy. Najlepiej by bylo zrezygnowac… i pozadnie wyspac… no tak ostatniej nocy spalem wrocilem do domu o 3:40. W SF zostawilem Darie i spora czesc dobrego humoru…

00:00 Ide spac. Reszte dopakuje rano.

4:30 Ja pierd…. To juz rano. Budzik jest okrutny. Jeszcze na chwile sie zdrzemne. Za krotka ta chwila

5:00 Niose kajak do samochodu. Sliskie te schody. Znowu szron… Zimno

5:15 Jeszcze tylko platki z mlekiem. Bedzie dobrze. Najwyzej sie wycofam na dzien dobry. A moze odwolaja z powodu pogody?

6:00 Jade i slucham muzyki, spac mi sie nie chce ale wlasciwie to nic mi sie nie chce…

6:40 Samochod jadacy przede mna tez parkuje na przeciwko plazy. Goscie juz maja numery startowe na sobie. Chyba jestem nieco spozniony. Trzeba napierac. Biegne do biura zawodow. Dostaje ta cholerna koszulke z numerem. I pedze samochodem na sasiednia plaze gdzie trzeba zostawic skrzynie, kajak i rower (tam jest Strefa Zmian (TA))

7:05 Wszystko lezy na trawie. Przebieram sie i  licze wszystko po raz kolejny. Zaczynam sie wkrecac. Bede napieral!

7:20 Dostaje mape. Punkty sa na osobnej kartce jako UTM. Hmm. Moj mozg jeszcze tak szybko nie pracuje. Uuuuu Teeee eeeeeM. Mysl Yeti! Mysl!

7:25 Jak to dobrze ze mozna sprawdzic wyznaczone przez siebie punkty z mapa organizatora (to chyba opcja specjalnie dla mnie).

7:29 “Prosze panstwa startujemy za 60 sekund” – na te slowa sedziego wszyscy wydaja okrzyk zadowolenia, niebo sika z radosci spuszczajac na nas grad. Jest niezle.

7:31 Biegniemy. Pada. Ale mi nie pada bo mam czapke z daszkiem! Cholera do kajakow bylo blizej samochodem. Wlasciwie to czemu my biegniemy?

7:45 Ze skrzyni wyciagam sandaly i lece do lodowatej wody. Trzeba napierac. Azymut 232. 1.5mili do pierwszego punktu. Paski camela wrzynaja sie w ramiona. Trzeba byc debilem by probowac wioslowac z plecakiem. Poluzniam maksymalnie plecak bo rece opadaja z niedokrwienia

8:05 O k… mapnik mi sie odczepil i plywa. Ster w lewno, robie kolko. Trace 2 miejsca. Ale i tak jestem w czolowce. Pada ale nie jest wcale tak zimno (jak na 5 stopni Celsjusza)

8:10 Grzmot, blyskawice. Nadplywa skuter wodny. “Do brzegu, wychodzcie natychmiast, przerywamy wyscig”. Wszyscy kieruja sie do… miejsca startu. Jakos nikt panicznie nie wychodzi z wody.

8:30 No to sobie poplywalismy. “ostatni bede pierwszymi a pierwsi ostatnimi” – mokrzy i zmeczeni wychodzimy z wody jako ostatni jako ze bylismy juz prawie przy pierwszym punkcie kontrolnym. Siadam na skrzyni, usiluje przebrac klejace sie spodenki zgrabialymi rekoma… jest grad, deszcz i mroz wiec wiatr mogliby wylaczyc…. Szybki przepak. Ide do rowerow. Startujemy ponownie za pare minut.

8:45 No to jedziemy. To juz nie deszcz, to jest ulewa. Po pierwszym kilometrze jestem caly mokry i trace czucie w rekach. Staje pod jakims dachem w Tahoe City. Udaje mi sie ubrac dlugie polarowe rekawiczki. Sprawdzam mape. No tak jestem 200m za daleko bo ktos zjadl tabliczke na nazwa ulicy. Inni nie wygladaja lepiej. Ale przeciez to jest koncowka stawki, gdzies z przodu napieraja Ci prawdziwi mocarze… Moze trzeba sobie dac spokoj, zjechac na dol, wlaczyc ogrzewanie w samochodzie i  zasnac?

9:00 Jade pod gore. Jest coraz zimniej. Slisko i o dziwo blotniscie (to niespotykane w Tahoe). Gdzieniegdzie lezy snieg. Z nieba tez leci biale. W rece jest mi cieplo. W nogi nie koniecznie. Mam zbyt lekko ustawione SPD. Kazde wypiecie nogi konczy sie walka o ponownie wpiecie bo wyraznie nie czuje stop…

9:01 Dochodze jakis team. Po chwili juz sa za mna. Moj rowerek Cannondale “Team Polska” spisuje sie znakomicie. Waskie opony nie kleja sie do blota, troche trzesie (jak to hardtail) ale za to kazdy depnieciem w pedaly czuje mile przyspieszenie. Przypominaja mi sie Mistrzostwa Wielkopolski w Karpaczu i jeden z deszczowych maratonow na Garda. Odnajduje siebie: Yeti, ktory lubi przerabana pogode i sliskie sciezki. Sprawdzam mape i jade troche szybciej a napewno w lepszym humorze.

Pierwszy punkt kontrolny (CP4). Latwo znalezc. Siedzi tam tez czlowiek wiec mozna powiedziec “Hi!”. Sporo ludzi. To znaczy ze nie jestem jeszcze na samym koncu…

Trasa prowadzi coraz wyzej. Snieg jest juz wszedzie. Nawet nie wiem czy to lepiej dla moich nog bo i tak ich nie czuje. Sciezka jest coraz ciekawsza. Sa kamienie, sa korzenie. Oponki 1.95 i ponad 3 atmosfery troche sie slizgaja. Zjazd do CP1 jest “ciekawy”. Zazwyczaj udaje mi sie uzyskac czesciowa kontrole nad kierunkiem i predkoscia (zazwyczaj nad jednym albo nad drugim, rzadko nad dwoma naraz). Mijam sporo ludzi… “Hellllllo?, Excause me, on your left….”. Schodze tylko w jednym miejscu i zalu

CP1. Nogi sztywne – ledwo ide do lampionu. Robie sobie dziurki w karcie. Teraz trzeba wymyslic jak wrocic do normalnej drogi. Na mapie niby cos jest ale nie ma. Ryzykuje. Droga jest nawet szeroka ale tak blotnista ze ledno da sie jechac. Kola kreca sie w miejscu. Dobrze ze sie kreca. Przede mna ludzie niosa rowery bo ich kola zamienily sie w bryly brunatnego gowna. Ja o dziwo jade. Po kilkunastu minutach jestem na dobrej utwardzonej drodze…

Zjezdzam z asfaltu w kierunku Mt. Watson. Przestalo padac. Jest ladnie bialo. Widze slady paru osob przede mna. Caly czas pod gore. Mijam dwuosobowy team tuz przed szczytem. Rower nie sluzy do podjezdzania, nie do prowadzenia pod gore. Trzeba sie skupic by nie zrywac przyczepnosci – to lubie! Na gorze sa jeszcze dwie osoby. Szukaja punktu po zlej stronie drogi. “Hey, it’s over here!”. Mam kolejny zestaw dziurek i troche podrapane nogi bo punkt byl gleboko miedzy krzakami i skalami.

Z powrotem ta sama droga. Miliony podjezdzajacych. Troche uciekaja na boki. No coz nosi mnie po calej szerokosci drogi wiec nie wyglada to zbyt pewnie. Wazne ze jade szybko ;-). Emocje takie ze nawet mi zimno nie jest…

Teraz jeszcze CP2. Waska sciezka caly czas w dol. Tylne kolo troche sie slizga. Rece bola od hamowania (za grube te rekawiczki). Po drodze przepuszczam jakis team jadacy pod gore. “Skad oni sie tam wzieli?” (potem okaze sie ze to zwyciezcy: Team Dart). Punkt jest latwy do znalezienia. Widac go z drogi.

Szutrowa droga usiluje wjechac z powrotem na przelecz. Jeden, drugi, trzeci kilometr. Alez ja sie wloke. Nie ma nikogo. Wszyscy sa przede mna? No nic. Teraz trzeba ukonczyc, nie wazne na ktorym miejscu.

13:30 ? Dojezdzam do PKO. Lezy tu juz pelno rowerow (czyli ludzie sa w trakcie zaliczania orientacji) a czesc ludzi opuszcza juz to miejsce. Czy ja juz jestem ostatni czy jak? Obsada punktu to mily koles z zona. Zabiera mi mape i wrecza inna. Trzeba tylko znalezc 8 punktow z 11. Przebieram buty na biegowe i ide w las. Nogi jak kolki ale sie rozkrecaja. 1, 2, 3 szybko to jakos idzie. Wszystko blisko i latwe do znalezienia. Przy szostym punkcie mysle sobie ze wrecz za dobrze mi idzie i jest za latwo. No coz po sierpniowym rajdzie i nocnym etapie orientacyjnym wszystko wydaje sie latwe.

Znowu na rowerze. Teraz juz z gorki do mety. Jade najprostsza mozliwa droga. Gubie dwa razy mape (wadliwy karabinek?). Klne soczyscie bo omal nie zaliczylem gleby przy hamowaniu. Na koniec podjazd ktory robie w tempie zolwia. Wogle jade jakos tak na pol-gwizdka. Juz wiem ze miejsca zadnego mial nie bede. Po co sie zabijac.

Dojezdzam do Strefy Zmian. Trzy razy pytam sie czy aby napewno musze tylko dobiec te 2km do mety…. mam juz troche dosc i nie chce niespodzianek. Ide sobie. Usmiecham sie wyluzowany – to juz koniec! Truchtam tylko z gorki. Ogladam sie jednak za siebie – tak na wszelki wypadek. Na 500 m przed meta widze z tylu koszulki z numerami. Sa daleko ale biegne co sil w nogach… Jakby mi zalezalo na miejscu…

15:00 Oklaski na mecie. Maly chaos. Tak to ustawili ze musza mowic zawodnikom jak maja mete przekraczac: idz tam, zrob kolko, choc teraz tutaj… hmm po co to wszystko? Chyba jestem zmeczony. Kobieta zabiera mi karte z punktami i gratuluje. Jakby bylo czego… No o dziwo jest. Dowiaduje sie ze jestem pierwszym zawodnikiem solo i trzecia druzyna w klasyfikacji ogolnej… Hmm – no to jest ze mna lepiej niz myslalem. Radosc!

Zjadam ciepla kielbase z bulka – jedzenie bylo moim marzeniem przez ostatnie godziny. Przez caly dzien zjadlem 1.5 power-bar’a… Troche zglodnialem.

18:00 Koncze jesc. Za oknem restauracji przewijaja sie kolejne druzyny. Niektorzy jeszcze na rowerach. Dobrze miec to za soba. Teraz tylko nie zasnac w samochodzie w drodze powrotnej. Nastepny rajd w przyszlym roku. Musze byc lepszy!

Finished