Maui 2
Jezeli mialbym wybrac najlepszy dzien tych wakacji to bylby to ten! Nie spedzilismy go na plazy, fizycznie bylismy wrecz wykonczeni… Ale za to wrazenia nalezaly do tych jedynych, niepowtarzalnychych i niezapominalnych
Wstalismy o 3:00 w nocy (Amerykanie mowia na to “rano”). Wszystko po to by zdazyc na szczyt wulkanu przed wschodem slonca. Na poczatku nie bylo nawet bardzo zimno ale w miare jak nabieralismy wysokosci coraz bardziej podkrecalem grzanie w samochodzie. Kiedy wysiedlismy na wysokosci prawie 3000m npm bylo naprawde zimno. To jedyny moment kiedy naprawde przydaly sie cieple ciuchy. O ile na zimno bylismy przygotowani to takich tlumow sie nie spodziewalem. Na poczatku ciezko bylo nam sie przepchac do barierki by w ogole widziec skrawek nieba na ktorym mialo pojawic sie slonce. W koncu jednak postawilem aparat na statywie przed barierka, reszte zalatwil radiowy pilot… Widzialem wiele wschodow slonca (mam dobry widok z domu) ale ten byl inny niz wszystkie… dluzszy, dynamiczny i w jakims sensie zaskakujacy.
To nie wschod slonca byl jednak glownym punktem dnia. Oboje czekalismy na “konie”. Wycieczka konna do krateru byla pomyslem Darii. Choc i ja kiedy zobaczylem zdjecia w przewodniku (3 miesiace przed wyjazdem) mocno sie na nie napalilem. Daria przez cale lato zbierala pieniadze ze skromych napiwkow to sloika po kawie (mial napis “na konie”), ja wypytywalem wszystkich jak to na tych koniach sie jezdzi, poszlismy nawet na krotka wycieczke w Tahoe bym troche sie nauczyl… Szczerze mowiac troche sie obawialem – wtedy po godzinie jazdy bolaly nas tylki przed 2 dni… a teraz mielismy jechac przed ponad 5 godzin… Jak wszystko inne na Hawajach ta atrakcja rowniez przerosla nasze oczekiwania. To nic ze moj kon (klacz) byl troche leniwy i bal sie kazdego wiekszego stopnia (krzyki i okladanie lejcami pomagaly na krotko). Widoki i klimat calej wycieczki byly po prostu niesamowite. Jakby to powiedziec: “Krajobraz zmienial sie jak w kalejdoskopie”. Skaly, chmury, wulkaniczne dziury, dziwne rosliny… sen. Dobry sen. Nim sie spostrzeglismy bylo juz po wszystkim… Ponad pol dnia w siodle. Lekki bol nog ale chcialo by sie wiecej i dalej. Ostatnia mile w glowie mialem tylko jedna mysl “szkoda ze to juz koniec…”